Bookomaniaczki podróże literackie

Pisarz, sljedź i dupa wołowa

Podczas spotkania czytelników z pewnym pisarzem, salę nagle ogarnęły ciemności. Nikt nie wiedział, dlaczego zgasły światła ani dlaczego nie można było otworzyć drzwi od środka. Po chwili światło znów rozbłysło. Na środku sali pojawiła się tajemnicza zakapturzona postać w czarnej szacie, dzierżąca kosę. „Kupując bilet na to wydarzenie, zafundowaliście sobie bilet prosto do piekła” – rzekła. Światło zgasło ponownie.

[A co się stało z pisarzem? Wyszedł tylnym wyjściem.] No dobra – nie wyszedł (i chwała mu za to!). Nie było też żadnej masakry rodem z Mastertonowych powieści, krew nie rozpryskiwała się malowniczo po ścianach, wnętrzności nie walały się po podłodze, również żaden wysłannik piekła nie objawił nam się niespodziewanie w trakcie spotkania (a szkoda!).

Jak to zwykle bywa – gdy emocje już opadną, serce przestanie galopować, ręce przestaną się trząść, odzyskamy zdolność wypowiadania względnie składnych zdań i człowiek sobie trochę odpocznie po weekendzie, można pokusić się o podsumowanie wydarzeń ostatnich dni. Jak więc przebiegło owo spotkanie, którym żyłam przez dobrych kilka tygodni? Początkowe minuty zwiastowały co najmniej katastrofę.

Może nieco naiwnie myślałam, że „spotkanie autorskie” ze światowej sławy pisarzem oznacza spotkanie moderowane przez względnie obeznaną z tematyką osobę, która pociągnie dyskusję w ciekawym kierunku. Zamiast tego, trochę jak w przedszkolu, na początku chóralnie zaprezentowaliśmy gwarę białostocką (Masterton ponoć lubi śledzie, Białostocczyzna znana jest z gwary, określanej „śledzikowaniem” – i jest punkt wspólny, zaprezentujemy pisarzowi, jak się śledzia wymawia „po naszemu”). Stanął mi ten śledź (pardon: sljedź) w gardle i nijak wyjść nie chciał, więc tylko udawałam, że mówię razem z innymi, z nadzieją, że gorzej być nie może. No i w sumie nie było… Bardzo szybko mikrofon trafił w ręce przybyłych na spotkanie czytelników – przez moment padł na salę blady strach, ponieważ wyglądało to tak, jakby prowadząca miała zamiar podstawiać go (ten mikrofon) pod nos każdemu po kolei, póki ktoś się w końcu odezwie.

Kiedy pierwszy szok i zaskoczenie minęły, zaczęły pojawiać się pytania i impreza się rozkręciła. Graham Masterton to jest gość! Doskonale sobie radził i śmiem twierdzić, że sam sobie był moderatorem i pokierował spotkaniem – z humorem i dystansem, podbijając nasze (a przynajmniej moje) serca. Opowiedział m.in. o tym, skąd bierze inspirację do kolejnych powieści; jak wygląda jego praca nad książką: wstaje, pije kawę i pisze, dopóki się nie zmęczy (szczerze podziwiam za samodyscyplinę); zaśpiewał dość makabryczną i szalenie interesującą przyśpiewkę o tym, jak to pewne małe, biedne i chude dziecko podczas kąpieli spłynęło razem z wodą odpływem i trafiło do nieba. Mimo plusów ujemnych, zdecydowanie dominowały plusy dodatnie – i temperatura uczuć, jakimi darzę Grahama Mastertona znacznie wzrosła🙂

Ktoś mógłby powiedzieć: łatwo narzekać na organizację i prowadzenie – TRZA SIĘ BYŁO PRZYGOTOWAĆ I PYTAĆ PISARZA. Owszem, trzeba było. I w tym momencie na scenę wkracza trzeci tytułowy bohater tegoż wpisu: dupa wołowa, czyli ja. Mea culpa, gdyż nie pomyślałam zawczasu o przygotowaniu listy pytań, którymi chciałabym zarzucić jednego z moich ulubionych przecież pisarzy (swoją drogą, jakiś rok temu, podczas spotkania z Olgą Tokarczuk fakt, że śmiemy zadawać pisarce pytania pani siedząca przy stoliku obok co i rusz kwitowała lekceważącym prychnięciem). Chociaż – z drugiej strony, byłam tak rozemocjonowana, że pożytek z pytań byłby żaden. To cud, że – jak już nadeszła wiekopomna chwila i zasiadłam obok pisarza, a on szykował się do podpisania mojej/jego książki – udało mi się wykrztusić, że „Drapieżcy” to mój fejwrit buk, że od tej książki zaczęłam moją przygodę z jego książkami, że bardzo miło mi go poznać osobiście i cieszę się niezmiernie i dziękuję. Zdjęcia wspólnego nie ma – nie wyszło (możecie mnie nazywać najbardziej niefotogenicznym człowiekiem na świecie – jeśli bardzo chcę dobrze wyjść na zdjęciu, efekt ZAWSZE jest zgoła odmienny). Ale autograf jest🙂

Podsumowując – Graham Masterton i pytający czytelnicy uratowali sytuację🙂

16 comments on “Pisarz, sljedź i dupa wołowa

  1. Monika
    Kwiecień 16, 2014

    Hohoho😀 Wydarzenie warte uwagi – widze, że emocje do teraz jeszcze delikatnie falują, na mysl o pisarzu😀

    • Agnieszka
      Kwiecień 16, 2014

      Prawda! Emocje będą do końca życia i jeden dzień dłużej🙂
      Podobną erupcję uczuć tylko spotkanie z p. Kingiem wywołać może🙂

      • Monika
        Kwiecień 16, 2014

        Pan King, samą literaturą wywołuje morze emocji – wolę nie myslec co się dzieje przy bliższym spotkaniu😀

      • Agnieszka
        Kwiecień 16, 2014

        Stan przedzawałowy gwarantowany już na starcie🙂

      • Monika
        Kwiecień 16, 2014

        😀 Trzeba iść odrazu z ratownikiem medycznym😀

      • Agnieszka
        Kwiecień 17, 2014

        I podręcznym zestawem do reanimacji🙂

      • Monika
        Kwiecień 17, 2014

        😀

  2. sionnia
    Kwiecień 16, 2014

    Ha! Jakbym tam była! I nie wiedziałam o prychającej pani🙂

    • Agnieszka
      Kwiecień 16, 2014

      Pani się chyba obruszyła, bo za dużo pytań zadawaliśmy🙂
      Utkwiło mi to w pamięci jakoś.

  3. Lolanta
    Kwiecień 16, 2014

    To mi przypomina, jak przyjaciolka wybrala sie do ksiegarni na spotkanie z Jonathanem Carrollem. Byla tak zdenerwowana, ze powiedziala tylko „Hi” i podala ksiazke do podpisania🙂

    • Agnieszka
      Kwiecień 16, 2014

      U mnie bardzo podobnie to wyglądało🙂

      • Lolanta
        Kwiecień 16, 2014

        Co gorsze, poszlam tam z nia, jako wsparcie, ale kiepsko to pamietam😀 A nawet nie jestem fanka, wiec nie bylam taka podjarana jak ona😉

        Jeszcze kilka takich spotkan z roznymi autorami i sie rozkrecisz🙂

      • Agnieszka
        Kwiecień 16, 2014

        Albo z tych nerwów dostanę jakiegoś wylewu lub zawału i trupem padnę na miejscu😀

      • Lolanta
        Kwiecień 16, 2014

        Eee, nie, bo to przyjemne emocje.

      • Agnieszka
        Kwiecień 17, 2014

        Stres to stres – serducho nie wytrzyma i będzie po mnie🙂

  4. miqaisonfire
    Kwiecień 20, 2014

    Radosnego przeżywania świąt wielkanocnych, czyli szczęśliwego Alleluja!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on Kwiecień 15, 2014 by in horror, z dreszczykiem and tagged , , , , .
%d bloggers like this: